„Niektórzy studenci nie powinni ukończyć gimnazjum. Odchodzę”

Posted: 21/11/2013 in dobre artykuły
Nie walczymy już o najlepszych maturzystów, walczymy o każdego, kto zapisze się na nasze zajęcia. Gdy zmniejsza się liczba studentów, nauczyciele akademiccy zaczynają zabiegać o opinię „łatwego do zaliczenia” – pisze Lech Trzcionkowski, wieloletni wykładowca KUL
Widmo „kryzysu humanistyki” krąży po świecie, jednak w każdym systemie szkolnictwa wyższego przybiera inną postać. Polski uniwersytet opisuje się w kategoriach „patologii”, „wstydu”, „oszustwa”. Łatwo mnożyć przypadki nierzetelnej pracy badaczy, powielając tym samym schematy medialne, jednak większe zagrożenie stwarzają reformatorzy zmierzający do biurokratycznie sterowanej komercjalizacji badań. Obiecując uzdrowienie całego systemu, dążą do eliminacji jego części, uznanej za zbędną z punktu widzenia nadrzędnego celu – „gospodarki opartej na wiedzy”.

Nauki stosowane w warunkach gospodarki rynkowej dadzą sobie radę, humanistyka terapii może nie przeżyć.

Nowomowa atakuje

Reformatorzy wprowadzają nowy język opisu działalności uniwersytetu, który ma stać się „fabryką wiedzy”, miejscem „świadczenia usług edukacyjnych” oraz „transferu wiedzy i technologii”. Łoży się publiczne pieniądze na szkolenia, gdzie dowiadujemy się, że najlepszą drogą do poprawy dydaktyki jest zarzucenie tradycyjnej relacji mistrz-uczeń na rzecz „metody szkoleniowej”.

Jesteśmy świadkami inwazji nowomowy, którą musimy stosować, sporządzając programy zajęć, sylabusy i wnioski grantowe. Na razie duża część środowiska podchodzi do niej z dystansem, lecz wkrótce zaczniemy nią myśleć i postrzegać siebie samych jako zbyteczny luksus, a nie podstawę społeczeństwa obywatelskiego.

Piszę z pozycji uczonego, który rozstał się z pracą na uniwersytecie, źródłem skromnych, ale stałych dochodów. Paradoksalnie, aby prowadzić dalsze badania, musiałem opuścić akademię. Wspominam o motywach osobistych, gdyż wystrzegam się sądów uogólniających, obejmujących wszystkie wydziały. Funkcjonują bowiem w Polsce znakomite środowiska, a kryzys akademii nie wszędzie jest odczuwalny z takim samym natężeniem.

Raz zdobytego studenta nie oddamy

Wbrew głosom pojawiającym się w mediach, tłumaczącym niski poziom studiów cechami osobowości nauczycieli akademickich, problem jest głębszy i ma charakter systemowy. Chroniczne niedofinansowanie uczelni sprzężone z zasadą łączącą wysokość dotacji z liczbą studentów sprawia, że władze uniwersytetów szukają oszczędności w zwiększaniu grup ćwiczeniowych. Na dobrych uniwersytetach ustala się górne limity wielkości grupy, co daje gwarancję aktywnego współuczestnictwa, na słabych – minima, co prowadzi do powstawania grup liczących 30 studentów. Jeśli mamy rywalizować z czołowymi uczelniami świata, musimy stworzyć warunki, w których praca w małych grupach nie będzie problemem finansowym dla uniwersytetu.

Z drugiej strony podstawą zatrudnienia uczonych są godziny dydaktyczne (pensum) – konsekwencją likwidacji zajęć z powodu braku minimum uczestników może być likwidacja etatu naukowo-dydaktycznego.

sp

Zasady te prowadzą do systemowej patologii, którą dodatkowo pogłębia niż demograficzny oraz pogorszenie się klimatu wokół humanistyki. Nie walczymy już o najlepszych maturzystów, walczymy o każdego, kto zapisze się na nasze zajęcia, nawet gdy będzie to maturzysta z oceną dopuszczającą. Raz zdobytego studenta nie oddamy, wszak od niego zależy nasze przeżycie. Nierzadko instytuty wywierają nacisk na pracowników, aby nie byli zbyt wymagający, bo grozi to utratą źródła finansowania. Aby ratować kursy, zachęca się doktorantów do zapisywania się na zajęcia niższych stopni studiów. Podstawą rozliczenia jest lista w Uniwersyteckim Systemie Obsługi Studiów, nawet jeśli będą to martwe dusze, pozwolą na przetrwanie do końca semestru.

Równać do najsłabszego

Gdy zmniejsza się liczba studentów, nauczyciele akademiccy zaczynają walczyć o opinię „łatwego do zaliczenia”. W tych działaniach wspiera ich Ministerstwo, które w oficjalnej wykładni Krajowych Ram Kwalifikacji (KRK), czyli wytycznych określających układanie programów, stwierdza, że „efekty kształcenia nie powinny odzwierciedlać ambicji kadry, lecz realne możliwości osiągnięcia tych efektów przez najsłabszego studenta, który powinien zaliczyć przedmiot”.

Nie działamy w próżni. Nie ma dobrego uniwersytetu bez dobrych studentów, a tych dostarczają polskie szkoły, na które nie mamy wpływu. Nie bez znaczenia jest stan czytelnictwa, publicznych bibliotek, uczestnictwa w kulturze – naturalnego środowiska humanistyki.

Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby zdać sobie sprawę, jakie katastrofalne skutki dla poziomu studiów ma zalecenie ministerstwa w sytuacji, gdy wiele uniwersytetów musi przyjmować wszystkich chętnych, którzy posiadają świadectwo maturalne.

Wybrałem wyjście najbardziej radykalne – uznałem, że mam jedno nazwisko i nie mogę firmować zaliczenia przedmiotu osobom, które nie powinny ukończyć gimnazjum. Wolę się wycofać z akademii niż współuczestniczyć w organizowanej przez Ministerstwo fikcji. Mimo wszystko mam swoje ambicje.

Punkt dla uczelni, nie dla studenta

Nie oznacza to, że w mniejszych ośrodkach akademickich nie zdarzają się studenci dobrzy, a nawet wybitni. Czy mają szanse rozwijać swoje talenty? Zmniejszanie liczby studentów przy jednoczesnym dążeniu do utrzymania etatów sprawia, że studenci są przeciążeni zajęciami dydaktycznymi, co przeczy idei studiów – indywidualnej pracy intelektualnej pod opieką nauczyciela.

Działają tutaj dwie kalkulacje: pracownik powinien mieć zapewnione pensum, a student musi zdobyć wymagane punkty ECTS. Zgodnie z Procesem Bolońskim punkty te wyrażają nakład pracy studenta. Aby rachunek się zgadzał, w programach wydziałów borykających się z niedoborem słuchaczy wprowadza się dużo nisko punktowanych zajęć. Oznacza to, że na przygotowanie się do poszczególnych ćwiczeń uczestnicy mają nie więcej niż dwie godziny tygodniowo, a do dużego egzaminu – kilkadziesiąt godzin w sesji. Ile książek można przeczytać ze zrozumieniem w tym czasie ? Ile napisać przemyślanych, opartych na analizie tekstów i literatury przedmiotu, opatrzonych przypisami prac? Na dobrych uniwersytetach studenci uczestniczą w trzech, czterech kursach w semestrze, za które otrzymują dużo punktów, dzięki czemu na pracę indywidualną zostaje im co najmniej 300 godzin.

Tajne komplety na uczelniach

Nowa ustawa o szkolnictwie wyższym zakłada, że w ramach konstytucyjnego prawa do bezpłatnej nauki student może zgromadzić określone minimum ECTS, jeśli zaś chce zdobyć więcej, musi płacić. Ponieważ ECTS są wykładnikiem wkładu pracy studenta, śmiało można powiedzieć, że Ministerstwo każe studentom płacić za ich własną pracę w nadgodzinach. Zgodnie z tą logiką wprowadzono opłaty za drugi kierunek studiów.

Z jednym wyjątkiem: z opłat są zwolnieni studenci, którzy znaleźli się w grupie 10 proc. najlepszych studentów na danym roku, pod warunkiem że utrzymają tę pozycję na drugim kierunku. Gdyby jednak zdarzyło się, że po roku nie znajdą się w gronie najwybitniejszych 10 proc., wówczas będą musieli zapłacić za już odbyte studia, chociaż nie mogli przecież przewidzieć, jaki osiągną ostatecznie rezultat.

Naukę na drugim kierunku podejmowali przede wszystkim studenci wydziałów humanistycznych, aby poszerzyć zakres swoich kompetencji, zwiększyć szanse na rynku pracy lub zaspokoić pasję poznawczą. Wydawałoby się zatem, że państwo powinno dołożyć wszelkich starań, aby wspierać jednostki pracowite, o rozbudzonych ambicjach intelektualnych. Wprowadzenie nowych przepisów każe wątpić w prorozwojowe cele strategiczne minister Barbary Kudryckiej – jej celem jest doraźna oszczędność, a nie inwestycja w przyszłość.

REKLAMA

O braku refleksji urzędników świadczy odmowa wyłączenia z zasady odpłatności za drugi kierunek filologii klasycznej, która, wobec zaniku łaciny i greki w szkołach, może przetrwać tylko dzięki studentom pasjonatom. Czy naprawdę Polski nie stać na podtrzymanie tradycji? W latach 80. i 90. na seminaria i wykłady moich Mistrzów przychodzili studenci z różnych kierunków, aby czytać i wspólnie komentować teksty klasyczne. Z dumą wpisywali te zajęcia do indeksu. Dzisiaj studenci proszą o nieuwzględnianie ich na listach obecności w obawie o przekroczenie limitu punktów. Tak to zasada komercjalizacji wiedzy wymusza powstawanie tajnych kompletów. Czy to jest przyszłość uniwersytetu humanistycznego?

Antyhumanistyczne przesądy

Zgodnie z powszechnym wyobrażeniem z jednej strony mamy niepraktyczne studia produkujące bezrobotnych „humanistów”, z drugiej niezbędnych dla innowacyjnej gospodarki naukowców czy inżynierów. Naszą wyobraźnię zaludniają masy sfrustrowanych, oszukanych absolwentów „złych” kierunków, którym przeciwstawia się garstkę „dobrych”. Próbuje się nam wmówić, że uniwersytety, „produkują” zbyt dużo „humanistów” i że „produkcję” tę należy zmniejszyć poprzez wprowadzenie selekcji naturalnej. Czy na pewno?

Jeśli ograniczymy zakres pojęcia studiów humanistycznych do jego historycznego rdzenia, na który składają się filologie (łącznie z filologią klasyczną), historia, historia sztuki, filozofia oraz kierunki pokrewne, zobaczymy, że nie są to studia masowe. Wybiera je około 8 proc. maturzystów, co sytuuje nas poniżej średniej europejskiej (11 proc.) i poniżej średniej większości krajów wysokorozwiniętych.

Kultura humanistyczna jest równoprawnym elementem systemu społecznego i nie powinno się od niej wymagać uzasadniania prawa do istnienia. Miarą peryferyjności Polski jest nie tylko wskaźnik innowacyjności, ale również obecność łaciny w nauczaniu powszechnym. W europejskich szkołach III i IV etapu edukacyjnego łaciny uczy się średnio 20 proc. uczniów, w Polsce – 0 proc. w gimnazjach i 3,8 proc. w liceach. Nic dziwnego, że w 2013 do egzaminu maturalnego z języka łacińskiego i kultury antycznej przystąpiło 208 maturzystów, czyli 0,06 proc. wszystkich zdających, co powinno być dla nas miarą wstydu. Zważywszy na rolę łaciny w historii Polski, to nie błąd statystyczny, to zbrodnia dokonana na naszych przodkach. Podobne liczby można przytaczać dla wiedzy o sztuce, filozofii, historii. „Wanny z kolumnadą” już widać, spustoszenia w naszych umysłach ujawnią się niebawem.

Parabanki a parauczelnie

Zła opinia wokół humanistyki wynika nie tylko z przesądów. Już w latach 90. ideologia neoliberalna sprawiła, że nauczanie na poziomie wyższym uznano za domenę wolnego rynku. Wszędzie powstawały prywatne szkoły wyższe lub filie uniwersytetów publicznych, parauniwersytety, które żerowały na biedniejszych warstwach społecznych pozbawionych możliwości rozpoczęcia studiów w dużych ośrodkach akademickich.

Nowy styl nie był wyłącznie domeną szkół prywatnych. Studia zaoczne, wymuszane przez rozwiązania finansowe, masowo rozdają płatne dyplomy za minimalną cenę pracy studenta.

W przypadku parabanków państwo ostrzegało naiwnych klientów, a nawet wprowadziło odpowiednie regulacje prawne, w przypadku parauniwersytetów proceder trwa już dwa dziesięciolecia, a państwo go wspiera, ponieważ wpisuje się w logikę systemu. Poprawia statystyki wykształcenia, nie bacząc na jego inflację.

Potrzeba zrównoważonego rozwoju

Wydziały humanistyczne powinny mieć godziwe warunki do pracy. Niezależnie od tego, co jest przedmiotem naszych poszukiwań, dążymy do zrozumienia myśli i poruszeń wyobraźni, których ślady zostały zapisane w tekstach lub utrwalone w dziełach sztuki. Prowadzimy dyskusje, spieramy się, nie zawsze dochodzimy do konkluzji, lecz zawsze otwieramy drogi dalszych poszukiwań. Czy umiejętność dyskusji, publicznego zabierania głosu i przeprowadzania rozumowania nie jest wartością godną kultywowania?

Nasi studenci powinni dużo pisać, podejmować próby przedstawienia swoich myśli w krótkich analizach wybranych ustępów, dłuższych esejach poświęconych autorom, twórcom lub ich dziełom, wreszcie w pracach dyplomowych. Czy zbywa nam umiejętności pisania zgodnego z regułami gramatyki, logiki i dochodzenia do prawdy?

Stawiam zatem tezę, że problemem jest nie tyle nadmiar absolwentów wydziałów humanistycznych, co systemowe uwarunkowania, które uniemożliwiają kształcenie dobrych humanistów. Ministerstwo, zamiast wspierać pracę na rzecz poprawy warunków nauki, podejmuje działania zniechęcające młodzież do studiów humanistycznych, co może doprowadzić do głębokiego kryzysu kultury. Ten zaś jest nie mniej groźny od kryzysu gospodarczego.

* Lech Trzcionkowski przez 23 lata związany był z Katedrą Historii Starożytnej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, uczył również na Uniwersytecie Jagiellońskim i Uniwersytecie Warszawskim. Obecnie badacz niezależny, uczestnik grantów, tłumacz i autor podręczników szkolnych. Specjalizuje się w kwestiach dotyczących religii starożytnych Greków, w tym miesiącu ukaże się jego monografia „Bios – Thanatos – Bios. Semiofory orfickie z Olbii i kultura polis”.

Źródło: lublin.gazeta.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s